To nieduże miasto. Akademickie. I jeśli ktoś zapyta: „gdzie tu jest uniwersytet ", to odpowiedź brzmi: „wszędzie". Nie ma oddzielnego kampusu, bo jest nim całe miasto. Prawie każdy budynek jest jakąś częścią uniwersytetu. Albo mieszkają w nim studenci, albo nauczyciele, albo się tam uczą, albo wykładają, albo jest tam biblioteka, instytut badawczy, obserwatorium astronomiczne, muzeum... Wszędzie unosi się duch nauki, kultury.

Rowery, rowery... Mieszkam w samym centrum, nie mam samochodu (m.in. dlatego, że nie udało mi się zdobyć umiejętności jeżdżenia lewą stroną), ale też nie ma takiej potrzeby. Mam rower, torbę i kask. Takich jak ja są tysiące. Przejazd przez miasto rowerem zajmuje mi jakieś 25 minut. Jadąc do syna, na drugi koniec miasta, mijam kilka ulic, wjeżdżam do South Parku, przejeżdżam przez mostek na rzeczce, opodal pasą się konie, krowy (ostatnio widziałam orły). I już jestem na miejscu. Dojazd na wydział prawa uniwersytetu, gdzie prowadzę swoje badania, zajmuje mi około kwadransa. Problemem nie są kierowcy tylko inni rowerzyści, którzy zajmują najlepsze miejsca do parkowania.

Historia na każdym kroku. To miasto nie tylko klimatyczne, ale też organiczne. Wewnętrznie spójne. Taka jest stara wesoła Anglia. Moja koleżanka mieszka w stupięćdziesięcioletnim domu i mówi: „on nie jest stary". Stary jest młyn, bo jest średniowieczny, a naprawdę stare są jego fundamenty, bo mają tysiąc lat. Podobnie jest z Oksfordem. I to jest fantastyczne.

Przy każdym kolegium (college'u) jest park. Stare kolegia zajmują spore obszary z parkiem, zielonymi skwerami i dziedzińcami - ogrodzone i zamknięte. Niektóre można zwiedzać w określonych godzinach. Osobną „instytucją" jest łąka, czyli wieeeelki trawnik. Na tzw. łąkach portowych (Port Meadow) w letnie dni wypoczywają studenci i mieszkańcy miasta. Jest też ogród botaniczny (jeden z najstarszych na świecie). W Oksfordzie mieści się ponad dwadzieścia rezerwatów przyrody, m.in. rezerwat danieli w kolegium Św. Magdaleny.

Dzień powszedni. Ten pocztówkowy, malowniczy wymiar Oksfordu - stara, piękna architektura, od gotyku we wszelkich odmianach i ze wszystkich epok (jest on dla Anglików stylem narodowym) przez styl Tudorów z charakterystycznymi strzelistymi kominami po barok. Wszędzie obrośnięte zielenią mury, ogrody z połaciami trawników i żywopłotami, alejki i zarośla - to jedno. Ludzie to druga sprawa.

To - jak mówią - stare miasto młodych ludzi. I do tego taka kosmopolityczna mieszanka. Idzie się ulicą i na stu metrach słyszy się dziesięć różnych języków. Polski też jest dość częsty. Mnóstwo młodych ludzi, mnóstwo kultur. Ta mieszanka daje też inną perspektywę patrzenia na różne problemy, bo każdy ma swój sposób rozumienia zjawisk i pojęć, które uważamy za uniwersalne. Tu można zobaczyć, co znaczy np. pojęcie demokracja dla Chińczyka, Tunezyjczyka, Niemca, Polaka. Niby się wie o tych różnicach, ale tu się ich doświadcza. Multikulturowość dodaje miastu kolorytu.

Jak w Hogwarcie. Na uniwersytecie obowiązują reguły i zwyczaje wynikające z tradycji. To układ kolegiów, których jest 38, wspólne posiłki w jadalniach (tzw. kantynach) - jak w średniowieczu. Starsze college'e, np. Christ Church lub Magdalen College, mają imponujące, eleganckie jadalnie, w których odbywają się tzw. Formal Halls, czyli uroczyste kolacje z profesorami i gośćmi z zagranicy. Wyglądają jak sekwencje z filmu o Harrym Potterze (które zresztą kręcono w Oksfordzie). Ci, którzy rozpoczęli studia, muszą mieszkać w college'ach, szczególnie na pierwszym roku. Do tego dochodzi konserwatywny, klasyczny sposób uczenia. Konserwatywny nie znaczy, że sztywny i anachroniczny. To system tutorialny. Relacja między nauczycielem akademickim a studentem jest bardzo bezpośrednia. Każdy ma mentora, z którym się spotyka indywidualnie raz w tygodniu. Trzeba się do takich spotkań dobrze przygotowywać. Na każde student przygotowuje esej, nad którym dyskutuje ze swoim mentorem. Więcej czasu poświęca się na samodzielną pracę, godzin obowiązkowych w tygodniu nie ma wiele. Taki system studiowania bardzo wspiera indywidualny rozwój studentów. Nieformalne dyskusje odbywają się w tzw. Common Rooms.

Dużo się dzieje. Każde kolegium organizuje spotkania, seminaria, wykłady otwarte, w których uczestniczą gościnnie ludzie nauki i kultury, pisarze, filozofowie, politycy. Można przyjść i posłuchać.

Bogate życie kulturalne Oksfordu pozwala na oddech od naukowych zadań. Jest kilka orkiestr lokalnych, przyjeżdżają gościnne, występują chóry kolegialne, w tym chyba naj sławniejszy ze św. Magdaleny. Przed Bożym Narodzeniem wysłuchaliśmy z synem „Mesjasza" Haendla w Sheldonian Theatre.

Sheldonian został zbudowany w latach 1664-68 na planie litery D. Na środku dachu ma przeszkloną kopułę, z której roztacza się widok na miasto. Nazwano go na cześć Gilberta Sheldona, ówczesnego rektora uniwersytetu. Odbywają się tam recitale muzyczne, odczyty, konferencje i ceremonie uniwersyteckie oraz przedstawienia teatralne (kolegia mają własne, bardzo aktywne studenckie zespoły teatralne).

Natomiast przy Holywell Street mieści się Holywell Music Room, pierwszy w Europie budynek zaprojektowany jako sala koncertowa (ukończony w 1748 r.). Grali tam m.in. Jerzy Fryderyk Haendel i Józef Haydn. Tam chodzimy słuchać niedzielnych koncertów kameralnych przy kawie.

W Oksfordzie studiuje się w cyklu trymestrów, a nie jak u nas w systemie semestralnym. Najgoręcej jest w pierwszym trymestrze, kiedy odbywają się otrzęsiny, młodzi ludzie biegają poprzebierani po mieście. Później jest Halloween, znów przebieranie. Impreza goni imprezę.

Kina są trzy. Kameralne, jak nasze kina studyjne. Multipleksy wypchnięte są na obrzeża miasta.

Z uczelnią pod rękę. Miasto żyje uniwersytetem i z uniwersytetu. Ma to też ogromne znaczenie gospodarcze i dzieje się w dwóch wymiarach: bezpośrednim - studenci muszą gdzieś mieszkać, coś jeść, gdzieś wyskoczyć wieczorem, posłuchać muzyki, zobaczyć film itd. To tworzy cały rynek dla obsługi środowiska akademickiego. Jest mnóstwo księgarń i wydawnictw, w tym największe na świecie akademickie Oxford University Press.

Ale uniwersytet to również atrakcja turystyczna. Przyjeżdża tu kilka milionów turystów rocznie. I znów się kręci: działają sklepy pamiątkarskie, transport, przewodnicy, restauratorzy...

Oksford to połączenie ziemi należącej do uniwersytetu z prywatnymi fundacjami. Miliarderzy fundują budynki użyteczności publicznej, szkoły i college'e. Najnowszym jest Blavatnik School of Goverment. Bez darowizn i naukowej pasji nie powstałoby Ashmolean Museum, najstarsze muzeum w Wielkiej Brytanii. Do uniwersytetu należą też inne galerie sztuki - kolegium Christ Church ma własną, w której są m.in. dzieła renesansu włoskiego (Leonarda da Vinci, Michała Anioła, Rafaela) i barokowe malarstwo niderlandzkie (Rubens, van Dyck).

W Oksfordzie działa ponad sto bibliotek. Najbardziej znaną, jedną z największych i najstarszych w kraju jest ogólnouniwersytecka Bodleian Library. Do jej skarbów należą m.in. jeden z najstarszych odpisów Magna Carta, pierwsze folio Szekspira i pierwsze wydanie Biblii Gutenberga. Jej czytelnia, Radcliffe Camera, to wspaniała barokowa rotunda.

Nad wodą. Tamiza, rzeka Cherwell, kanały, strumienie... Nad nimi urocze mostki, brzegi zarośnięte drzewami i schodzące do wody stromymi łączkami. Mieszkam przy jednym z taldch kanałów, chodzę tam na spacery i z tej przyczyny musiałam sobie kupić kalosze - co odbieram jako znak, że wrosłam już w Anglię.

Oczywiście oksfordzki sport to wioślarstwo. Regaty odbywają się często - uniwersytet vs miasto, Oksford vs Cambrigde, college vs college. W kolegiach widać wyeksponowane trofea wioślarskie. W Port Meadow albo w centrum w małej marinie przy Magdalen College można wypożyczyć łódkę.

Na kanałach są również barki mieszkalne, które cumują przez jakiś czas (mają dostęp do wody, prądu itd.), by później popłynąć dalej.

Moje klimaty. Mieszkam wjericho, dawnej wiktoriańskiej dzielnicy robotniczej, gdzie domy stoją w ciasnej szeregowej zabudowie, ciągnącej się niemal przez całą długość ulicy. Jeden przyklejony do drugiego. Teraz jest to bardzo modne miejsce - domy są odnawiane i wynajmowane, a w fabryczkach mieszczą się m.in. restauracje i puby. Restauratorzy: Hindusi, Włosi, Hiszpanie, Chińczycy, przybysze z całego świata ratują sytuację. Kuchnia angielska jest fatalna, ale puby mają swój klimat, bo jak nie wypić piwa w położonym o dwa kroki od Jericho Eagle and Child, gdzie C.S. Lewis iJ.R.R. Tolkien czytali sobie nawzajem nieopublikowane jeszcze fragmenty „Opowieści z Nami" i „Władcy Pierścieni". Doceniam to, mimo że nie jestem wielką zwolenniczką Tolkiena. Wolę podążać szlakami (bar w hotelu MacDonald Randolph) inspektora Morse'a [bohater powieści Golina Dextera, na ich postawie nakręcono serial policyjny, którego akcja dzieje się w okolicy Oksfordu - red.], gdy przechodzę koło Natural History Museum, od razu widzę akcję ostatniego kryminału Jakuba Szamałka [polski pisarz, ukończył archeologię na Uniwersytecie w Oksfordzie - red].

To miasto cały czas działa na wyobraźnię. Niedaleko mam St. Giles Church. W soboty i niedziele w południe organista wygrywa cały koncert na dzwonach. Za kościołem jest z cmentarz z ławeczkami, gdzie ludzie przychodzą jeść lunch. Na początku byłam nieco zmieszana tym widokiem, teraz sama tak robię. Kupuję kawę, kanapkę i zasiadam.

Lubię być w Oksfordzie. W Warszawie żyję bardzo szybko, bardzo aktywnie. Mam rozprawę, jedno spotkanie za drugim... Tam jestem w innym świecie: chłodnych starych murów, kanałów, dzwonów, łąk. Mam czas na refleksję i czas wyznaczony na pracę badawczą, na kontakt z biurem. Życie tam biegnie wolniej i jest nasycone intelektualną atmosferą. Chce się pomyśleć o czymś innym niż tylko o bieżących sprawach. I w to się wpasowuję. Staję się tego częścią. Odkryłam fantastyczne miejsce, chociaż kto wie, może wrażenie zrobi na mnie jeszcze Cambridge, gdzie spędzę kolejny trymestr.