fbpx

Kancelaria Gessel jest jedną z wiodących kancelarii prawnych na rynku polskim. Założyła ją Pani w 1993 roku – jak wspomina Pani początki? Czy był to dobry okres na tworzenie własnej działalności?

Początek lat ‘90 był w Polsce czasem zupełnie wyjątkowym dla całej gospodarki, w tym dla branży prawniczej. Na nasz rynek weszły zachodnie korporacje, które chętnie dawały szansę rozwoju i kariery zupełnie początkującym prawnikom. Sukces i wielkie pieniądze zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Gdy w 1991 roku zostałam szefem działu prawnego Arthur Andersen, firmy doradczej z tzw. wielkiej piątki, wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Krokiem dalej było nawiązanie współpracy z międzynarodową kancelarią prawną Weil, Gotshal & Manges. Nie wytrzymałam tam jednak za długo. A wszystko z powodu mojego silnego temperamentu. Chciałam większej niezależności, swobody podejmowania decyzji na własne konto. Czułam, że moja intuicja niejednokrotnie sprawdza się lepiej w polskich realiach, niż procedury wypracowane za granicą. Przyjaciele łapali się za głowę, gdy w 1993 roku postanowiłam założyć własną kancelarię. Początki rzeczywiście były bardzo trudne. Praca 24 godz. na dobę, nawał zleceń. Zaczynałam jako jednoosobowa kancelaria, ale szybko zostałam zmuszona, by zatrudnić prawników do pomocy. Zlecenia posypały się natychmiast. Nie mogłam narzekać na brak pracy. Nie musiałam się specjalnie o nią starać.

Pani firma odegrała znaczącą rolę w transformacji polskiej gospodarki i akcji wprowadzania inwestorów zagranicznych na nasz rynek. Jak przebiegał ten proces?

Wszystko zaczęło się jeszcze w 1989 roku, gdy zaczęłam współpracę z ProInvestem, jedną z pierwszych firm konsultingowych w Polsce. Miałam poczucie, że biorę udział w tworzeniu nowych mechanizmów gospodarczych. Wszystko działo się po raz pierwszy – zakładanie spółek, inwestycje, ale także pierwsze upadłości. Moim atutem było to, że nie byłam obciążona przyzwyczajeniami z poprzedniego systemu, miałam świeże spojrzenie. Opierając się na wzorach amerykańskich, wprowadziłam pierwszy w Polsce system opcji menedżerskich w spółce publicznej, wypracowując przy okazji obowiązujący standard z Komisją Papierów Wartościowych. W ogóle przez te pierwsze 10 lat po przełomie zrobiłam parę rzeczy jako pierwsza w Polsce. Zakres badania prawnego Huty Szkła Irena, które znalazło się w pierwszej dziesiątce audytów prawnych w Polsce, był moim autorskim pomysłem. Ówczesne Ministerstwo Prywatyzacji nie przekazało nam wytycznych na temat tego, co badanie ma zawierać – sama zatem wymyśliłam, co powinno się w nim znaleźć... Okazało się, że zabrakło tylko jednego rozdziału o stosowaniu prawa pracy, a to była akurat działka prawa, której najbardziej nie lubiłam na studiach, choć dzisiaj darzę ją należnym szacunkiem.

W tamtym czasie nawiązałam także współpracę z Polsko-Amerykańskim Funduszem Przedsiębiorczości. Był to pierwszy fundusz venture capital w Polsce, finansowany przez kongres USA. Jego celem było zakładanie spółek – produkcyjnych, usługowych, rolniczych czy finansowych – i, poprzez inwestycje, wspieranie ich rozwoju. To był specjalny fundusz wspierania wschodzących demokracji. Tym, którzy go prowadzili, bardzo zależało na znalezieniu takich inicjatyw, które będą dobrze zarządzane, stąd właśnie nacisk na wprowadzenie modelu opcji menedżerskich, promujących osoby zarządzające, które przyczyniają się do wzrostu obrotów oraz, odpowiednio, zysku spółek. Później ów fundusz przekształcił się w typ private equity z prywatnym finansowaniem i dał początek funduszom, którym doradza obecnie Enterprise Investors.

Czy w chwili przekształcenia Pani firmy z małej w dużą miała Pani problemy z delegowaniem odpowiedzialności?

Myślę, że kluczową kwestią w tym zakresie jest zaufanie do współpracowników. Czuję, że mogę na nich polegać, nie muszę drobiazgowo kontrolować ich pracy. Staram się mądrze budować zespół kancelarii. Od zawsze wychodziłam z założenia, że firma nie może rozwijać się lawinowo, lecz harmonijnie i stale. Zespół powiększałam stopniowo, w miarę jak przybywało zleceń i klientów. Starałam się myśleć strategicznie i rozszerzać specjalizacje kancelarii o pokrewne, uzupełniające się dziedziny. Oczywiście, od kiedy prowadzę własną firmę, czuję ogromną presję i odpowiedzialność, ale myślę, że jest to uczucie dobrze znane każdemu właścicielowi.

Jaką strategię przyjęła Pani w momencie rozwoju firmy. Czy była to specjalizacja w danej dziedzinie czy raczej oferta szerokiej gamy usług?

Zaczynaliśmy od wąskiej specjalizacji w dziedzinie transakcji fuzji i przejęć dla sektora private equity. Obecnie jesteśmy uważani także za lidera na rynku kapitałowym. Świadczymy kompleksowe usługi prawne. Prowadzimy np. dział german desk dla niemieckich i austriackich inwestorów, dział własności intelektualnej czy prawa konkurencji. To klienci uświadomili nam potrzebę rozszerzenia specjalizacji. Ktoś, kto odwiedzał nas w sprawach korporacyjnych, nagle, jak się okazywało, potrzebował też porady z zakresu prawa pracy, a za chwilę ubiegał się o zlecenie w trybie zamówień publicznych. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że przeszliśmy naprawdę długą drogę. Branża private equity w Polsce zaczynała razem z nami. Nikt nie zna tego rynku równie dobrze, jak my. Od tego wyszliśmy, a kolejne etapy były konsekwencją zdobywanego doświadczenia oraz rosnącego zapotrzebowania klientów.

Prawnicy nie mogą reklamować swoich usług. Jak Pani zdobywa nowych klientów, jak buduje wizerunek firmy?

Na początku działałam w tej materii intuicyjnie. W naszej branży najważniejsze są rekomendacje klientów. Najwięcej zleceń dostajemy w wyniku tego, że zadowolony klient poleca nas innym. Starałam się zatem zawsze – i taką filozofię wpajam młodym prawnikom – aby doceniali relacje z klientami i dbali o ich jakość. Cenię sobie opinie, które dzielą z nami kontrahenci, i myślę, że to jest właśnie przewaga takiej firmy, jak nasza, nad gigantami – staramy się zawsze szybko odpowiadać na pytania klientów. Od kilku lat powierzam działania marketingowe i PR-owskie kancelarii profesjonalistom. Początkowo współpracowaliśmy z agencjami zewnętrznymi, a obecnie mamy dział PR, który troszczy się o takie kwestie, jak relacje z mediami, obecność naszych ekspertów na konferencjach branżowych, spójną politykę wizualną oraz stronę internetową kancelarii. Jest wiele okazji, aby zaprezentować nasze usługi w profesjonalnym kontekście oraz budować wizerunek kancelarii i jej prawników jako ekspertów w swoich dziedzinach. Zakaz reklamy sprawia, że musimy być nieco bardziej kreatywni.

Co jest najtrudniejsze w tym biznesie 

Reputacja w tej branży to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie mamy. Jeśli raz się ją straci, przepadnie wszystko. To wiąże się z Pani pytaniem o odpowiedzialność i jej brzemię. W dzisiejszych czasach prowadzenie kancelarii prawnej coraz mniej różni się od prowadzenia normalnego biznesu. Wyróżnia nas jednak specyficzny dla naszej branży kodeks etyczny.

Jednym z obszarów Pani specjalizacji są fuzje i przejęcia. Czy jakieś zdarzenie z tym związane utkwiło Pani szczególnie w pamięci?

Nigdy nie zapomnę pewnych negocjacji, które prowadziłam w bardzo zaawansowanej ciąży. Wszyscy bardzo uważnie mi się przyglądali. W ich wzroku widziałam to pytanie: „Czy to już?”. Naprawdę kocham tę adrenalinę!

Oferuje Pani tzw. chinese desk. Jak scharakteryzowałaby Pani współpracę z chińskimi inwestorami?

Rzeczywiście, relacje z naszymi chińskimi partnerami są wyjątkowe. Charakteryzuje je pewna mieszanka zaciekawienia odmienną kulturą oraz wielka uprzejmość. Chińscy współpracownicy są bardzo punktualni, terminowi, rzetelni i tego samego oczekują od swoich kontrahentów w Polsce. Zachowują duży dystans, nie ma tu miejsca na wzajemne poklepywanie się po ramieniu. Sukces transakcji zaś przyjmują ze stoickim spokojem. Pewnym utrudnieniem jest fakt, że, gdy my rozpoczynamy pracę rano, oni właśnie ją kończą...

Promuje Pani arbitraż i kobiety. Skąd inspiracja, potrzeba?

Arbitrażem zajęłam się na poważnie już w 1995 roku. Od początku wydał mi się niesamowitą szansą dla przedsiębiorców i wielką ideą. Spory pomiędzy kontrahentami to nieodłączny element życia gospodarczego. Co jednak zrobić, aby nie utrudniały prowadzenia działalności? Czy możliwe jest doprowadzenie do wyroku, po którym obie strony będą mogły dalej prowadzić wspólnie interesy? Arbitraż ma przed sobą takie właśnie zadania. Wśród jego atutów zaś są przede wszystkim szybkość postępowania, elastyczność procedury, poufność i przewidywalność – można np. wspólnie z arbitrami ustalić harmonogram całego postępowania, aż do dnia ogłoszenia wyroku. Arbitraż korzysta także z wiedzy specjalistów – arbitrami są eksperci, nie tylko prawnicy, z danej dziedziny, których na dodatek przedsiębiorca może sam wybrać. Wracając jeszcze do szybkości, w Sądzie Arbitrażowym Lewiatan średni czas rozstrzygania sporów to 6 miesięcy. Od niedawna wprowadziliśmy także tzw. fast track, czyli postępowanie uproszczone dla spraw o niższej wartości sporu – do 50 tys. zł – które trwa 3 miesiące. To kosmiczna szybkość. Myślę także sporo o arbitrażu międzynarodowym. Chciałabym, aby więcej sporów, w których stroną jest podmiot z Polski, było rozstrzyganych u nas w kraju, a nie za granicą. Marzy mi się, aby Polska miała silną pozycję w arbitrażu na świecie i będę robić wszystko, aby tak się stało. Zaczynam od serii debat o przyszłości arbitrażu w Polsce i Europie. Nasz głos musi być słyszalny...

Czy kobiety w tej branży są dyskryminowane?

Od zawsze uważałam, że, gdy kobieta czegoś chce, powinna sobie sama to załatwić, osiągnąć. Patrzyłam na siebie i uważałam, że nie ma rzeczy niemożliwych, a dyskryminacja jest jakimś dziwnym wymysłem feministek. Dopiero niedawno uzmysłowiłam sobie, że rzeczywistość nie jest wcale tak różowa, a dyskryminacja w naszej branży jest bardzo głęboko zakamuflowana. Jak to się dzieje, że, pomimo tego, że kobiet studentek na wydziałach prawa w całej Polsce jest więcej niż mężczyzn, ich liczba wśród prawników z uprawnieniami – radców prawnych, adwokatów – kadry naukowej – doktorów i profesorów – we władzach samorządów, a także wśród wspólników kancelarii prawnych, drastycznie maleje? Gdzie te wszystkie kobiety znikają po drodze, gdzie się wykruszają przy kolejnych szczeblach kariery? W naszej branży szklany sufit niewątpliwie istnieje i wciąż ma się zaskakująco dobrze. Dlatego postanowiłam działać. W naszej kancelarii staramy się utrzymywać parytet wśród wspólników, przy procesach rekrutacyjnych nie dyskryminujemy kobiet, a ja wręcz zachęcam wspólników, by stawiali na kobiety. Także w ramach programu popularyzującego arbitraż, który przez ostatnie dwa lata prowadziłam w Sądzie Arbitrażowym Lewiatan, funkcjonował cały wątek promowania kobiet-arbitrów. Przygotowaliśmy dla nich specjalne szkolenia, warsztaty.

Czy uważa Pani, że potrzebujemy parytetów w biznesie?

Tak. Popieram wszystkie działania, które mają na celu wsparcie kobiet. Parytety są niezbędne na początku, ale od razu muszę zastrzec, że nie mogą być dane na zawsze. Mają ułatwić kobietom start i zburzenie tego szklanego sufitu, o którym wspominałam. To od kobiet będzie jednak zależało, jak tę szansę wykorzystają. Myślę, że idea parytetów jest naprawdę słuszna i mężczyźni nie powinni się jej obawiać. Może się zdarzyć już wkrótce, że to oni będą ich potrzebować... Mówię więc, dajmy parytetom i kobietom szansę!

Od 1996 roku prowadzi Pani działania o charakterze pro bono, założyła Pani Fundację Gessel dla Muzeum Narodowego w Warszawie. Czy jest to związane z Pani pasją?

Fundacja Gessel, a dawniej Fundacja Zbiorów Sztuki Współczesnej, powstała w 1996 roku. Moją ideą było wsparcie Muzeum Narodowego w Warszawie w zakresie pozyskiwania zbiorów sztuki współczesnej. W tamtym okresie państwo nie garnęło się do finansowania takich działań. Uświadomiła mi to, a następnie zaraziła pasją do sztuki współczesnej, moja siostra, historyk sztuki. Obecnie kolekcja fundacji liczy blisko 50 obrazów, obiektów, grafik i instalacji. Autorami prac są tacy znani twórcy, jak choćby Tomasz Tatarczyk, Wilhelm Sasnal, Grzegorz Kowalski, Paweł Althamer, Katarzyna Kozyra czy Paulina Ołowska.

Działanie, które wynikało z mojego poczucia obywatelskiego obowiązku, przerodziło się w prawdziwe hobby. Moja prywatna kolekcja nie jest może tak imponująca, ale mam w niej prace artystów, których niezwykle cenię i mam do nich wielki sentyment... z niektórymi nawet się przyjaźnię.

Czy sukces można zdefiniować?

A czy szczęście można zdefiniować? Szczęśliwym się bywa, tak samo jest i z sukcesem. Są takie etapy w moim życiu, gdy czuję, że osiągnęłam sukces. Ale z moim charakterem, to długo nie trwa. Wciąż coś gna mnie do przodu, wynajduję sobie co raz nowe cele, stawiam poprzeczkę jeszcze wyżej, mierzę się sama ze sobą. Kolejne etapy sprawiają, że chcę sięgać jeszcze dalej. Mam nadzieję, że kiedyś odpocznę.