Jeszcze pamiętamy szelest kolorowych papierów po prezentach, zapach choinki i śledzia, ostatnie poprawki makijażu przed wielkim sylwestrowym balem, a tu już Nowy Rok. W takim momencie, iście po ludzku, staramy się złożyć solenne deklaracje, jak będziemy się w nim sprawować. Mozolnie (po takiej nocy sytuacja jest zrozumiała) spisujemy zadania na kolejny rok – schudnę, przestanę palić, pójdę na siłownię, zapiszę się na kurs poprawnej polszczyzny. Liberalni twórcy zmagają się jeszcze z jednym poważnym zagadnieniem – hasło uwolnienia praw autorskich, coraz częstej powtarzane, zapadło im w pamięć. Co więcej, w przypadku wielu z nich, hasło to wpisuje się w filozofię współtworzenia kultury. Większości znana jest publikacja L. Lessinga Wolna kultura, a jego entuzjazm wielu twórców podziela, niezależnie od tego, że budowana przez Lessinga doktryna powstaje w innych realiach prawnych. Teza, z którą zmaga się autor, zakładająca błąd w prowadzeniu debaty z dwóch skrajnych pozycji – albo własność albo anarchia, pokazuje, że może być inna droga w rozstrzygnięciu tego dylematu. W swojej publikacji autor wskazuje kilka sposobów na odbudowanie wolnej kultury, sposoby te prowadzą do stworzenia tzw. domeny publicznej, wolnej przestrzeni, do której raz wprowadzone utwory mogą żyć wolnym życiem, z przyzwoleniem wzbogacania ich zawartości o wkłady autorskie kolejnych twórców. Mając na uwadze nowe technologie, w tym przede wszystkim internet, takie „błogosławieństwo” może wyzwolić siły twórcze wielu osób, a w efekcie wzbogacić dorobek kultury. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż wraz z nadejściem ery internetu na tworzenie kultury przestali mieć wyłączność tzw. tradycyjni twórcy, pojęcie „twórca” odczytywane z perspektywy prawno-autorskiej definicji „utworu” stało się bardziej dynamiczne. Mam jednak smutną wiadomość, nawet najbardziej odważne próby przejścia na stronę domeny publicznej, co wiąże się z wyzbyciem praw do utworu (tak praw majątkowych, jak i osobistych), poczynione z woli autora, spotkają się z problemami. Pojęcie domeny publicznej nie jest znane żadnemu polskiemu aktowi prawnemu; samodzielne „przejście” do niej przez twórców którzy uznaliby, że jest to słuszna droga, w polskich realiach prawnych jest, niestety utrudnione, a mówiąc szczerze za życia twórcy niemożliwe. W prostych, żołnierskich słowach można stwierdzić, iż za śmiałkami gotowymi, z własnej woli, przejść na stronę domeny publicznej, będą szły roszczenia, podnoszone przez organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, w szczególności jeżeli autor należał do tego grona lub członków rodziny, po śmierci autora. Niech słowem pocieszenia będzie stwierdzenie – czas leczy rany, czas, który ma myśli, staje się coraz dłuższy, co ściśle wiąże się z polityką wydłużania ochrony praw autorskich czy też praw do artystycznych wykonań. Warto w tym miejscu przypomnieć: polskie prawo zgodnie z ustawą z 1952 roku obejmowało ochroną utwór przez okres 25 lat od śmierci autora, nowa ustawa z 1994 roku wydłuża ten okres do 50 lat po śmierci autora, a kolejna jej nowelizacja wprowadziła 70-letni okres ochrony. Takie podejście może świadczyć o wyjątkowym uprzywilejowaniu twórców (prawa do wynalazków nie żyją tak długo), ale nie czas na dyskusje. Pierwszy stycznia otwiera każdy kolejny rok, a w tym dniu w 2010 roku po raz trzeci będzie obchodzony Dzień Domeny Publicznej. Co roku z dniem 1 stycznia wygasają autorskie prawa majątkowe do dzieł twórców zmarłych 70 lat wcześniej. Oznacza to swobodę korzystania z ich dzieł, nie dlatego, że tak chcieli, lecz dlatego, iż tak stanowi prawo. Ciekawe, czy tego rzeczywiście twórcy sobie życzą?