Przed nami długie wieczory. Założę się, że pogoda za oknem nie będzie sprzyjała wypadom do kina czy klubu. O wieczornych spacerach po parku też nie ma co marzyć. Pozostaną rozrywki w domowym zaciszu. Do łask wrócą książki, kolekcje płyt na DVD, czas spędzany z przyjaciółmi. Ponownie przejrzymy zalegające stosy gazet i magazynów, których nie mieliśmy serca wcześniej wyrzucić. Taki scenariusz wydaje się być wielce prawdopodobny, niewątpliwie będzie on sprzyjał odnowieniu więzi towarzyskich lub zawiązaniu nowych. Pozostawanie w kręgu osób nam bliskich ma także dodatkowe uroki w kategoriach prawno-autorskich. Możemy czerpać z instytucji tzw. dozwolonego użytku osobistego, w ramach której bez zezwolenia twórcy wolno nam nieodpłatnie korzystać z rozpowszechnionych już utworów. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego. Powstaje pytanie, co tak właściwie możemy „zdziałać”, powołując się na dozwolony użytek i równie ważne pytanie – z kim. Co do zasady, dozwolona jest każda forma korzystania, pewne wyjątki dotyczą budowania według cudzego projektu, czy też korzystania z baz danych na cele inne niż użytek naukowy. Nie zakładam, iż te dwie ostatnie kwestie będą przedmiotem naszych zainteresowań, więc ze spokojem je pomijam. W każdym jednak przypadku zasadnicze znaczenie ma fakt rozpowszechnienia utworu, czyli nic innego jak publicznego udostępnienia utworu w jakikolwiek sposób, byle byłoby to dokonane za zgodą twórcy. Brak tej przesłanki automatycznie wyklucza możliwość powoływania się na dozwolony użytek. Dość przypomnieć, iż z jednym z takich głośnych przypadków udostępnienia utworu bez zgody twórcy mieliśmy niedawno do czynienia, gdy nowy album Kultu Hurra pojawił się w internecie na krótko przed premierą, co wprawiło w prawdziwe oburzenie jego twórców. Jeżeli jednak utwór ujrzał „światło dzienne” za zgodą twórcy, możemy go utrwalać, zwielokrotniać, użyczać... Przepisy prawa autorskiego nie ograniczają formy korzystania z utworu, brak jest także ograniczeń co do rozmiarów zwielokrotnienia poszczególnych utworów. Istotne jest, aby korzystanie z utworu miało miejsce na potrzeby użytku osobistego. Ustawa o prawie autorskim nie precyzuje tego pojęcia, ale większość z nas prawidłowo kojarzy je z zaspokajaniem potrzeb osobistych w zakresie rozrywki, nauki, poszukiwania wiedzy czy też samodoskonalenia. Jeżeli zaś przyjdzie nam ochota podzielenia się z innymi osobami przyjemnością korzystania z utworu, zalecam rozwagę. Krytyczne dla wytyczenia granic dozwolonego użytku jest bowiem wytyczenie granic kręgu osób uprawnionych. Do kręgu tego niewątpliwie należą osoby, z którymi pozostajemy w związku osobistym – i z tym nie ma większego problemu. Pewne problemy może budzić zdefiniowanie kręgu osób, które łączą tak zwane stosunki towarzyskie. Niewątpliwie wszystkie winny się znać i utrzymywać w miarę trwałe relacje. Mogę sobie wyobrazić zawiązanie wśród przyjaciół klubu miłośników twórczości Pedro Almodóvara, którzy wymieniają się jego filmami lub uzupełniają swoje kolekcje, posiłkując się kopią otrzymaną od innego członka klubu. Dopuszczam możliwość skopiowania na przykład książki lub płyty, jeżeli przyjaciółka mnie o to poprosi. Trzeba jednak pamiętać, iż ewentualne wątpliwości, czy dana forma korzystania z utworu mieści się w granicach dozwolonego użytku osobistego, będą zawsze rozstrzygane na korzyść twórcy. Wynika to z prostego faktu, iż przepisy o użytku osobistym stanowią ograniczenie monopolu autorskiego, a jako wyjątki w sferze bezwzględnych praw autorskich podlegają ścisłej interpretacji, więc nie można stosować ich w drodze analogii. Na pocieszenie dodam, iż na tę instytucję możemy powoływać się przez wszystkie cztery pory roku, nie tylko zaś jesienią, jakby sugerował tytuł...