fbpx

Nareszcie przyszła wiosna. Tradycyjnie, o tej porze roku ludzie garną się do siebie. Wszystko chcą robić razem, chcą spędzać czas razem pracując, bawiąc się, czy też w końcu tworząc. W efekcie tych ostatnich działań mogą powstać utwory, prawa do których będą należały do osób, które wniosły kreatywny wkład w ich powstanie. W takich przypadkach mówimy o współtwórczości, która jest regulowana przepisami prawa autorskiego. Jest to kwestia na tyle ciekawa, że warto jej się przyjrzeć bliżej. Nierzadko przecież bywa, że wzajemne inspiracje i wynikające z nich działania prowadzą do powstania utworu, którego autorstwo będzie należało do więcej niż jednej osoby. Może być tak, iż powstanie utwór, w którym wkłady twórcze nie dadzą się wyodrębnić (będą ze sobą nierozerwalnie splecione). Może być tak, że wkłady te będą miały samodzielne znaczenie. Ważne jest jednak, aby prawidłowo ocenić stopień przyczynienia się do powstania utworu, nie tracąc z pola widzenia charakteru współpracy i towarzyszących jej zamiarów. Kwestia współtwórczości to kwestia faktu. Może być tak, że twórcy połączą swoje wysiłki, pracując nad jednym utworem. Zamiar ten powinien być jasny dla zainteresowanych, choć wcale nie musi wiązać się z zawarciem pisemnego porozumienia. Porozumienie w tym zakresie może być choćby konkludentne. Ważne, aby twórcy podporządkowali się wspólnemu celowi, a efekt ich działań mieściłby się w pojęciu utworu definiowanego przez prawo autorskie. Współtwórcom przysługuje prawo autorskie wspólnie. Domniemywa się, że wielkości udziałów są równe. Oczywiście, w przypadku gdyby choćby jeden ze współtwórców uznał, że jego wkład jest inny, może żądać określenia wielkości tego udziału przez sąd. Określenie następuje na podstawie wkładów pracy twórczej. W przypadku, gdy współpraca danej osoby niema charakteru twórczego, lecz pomocniczy, współtwórczość w rozumieniu prawa autorskiego nie będzie miała miejsca, chociażby umiejętności wykonywania czynności pomocniczych wymagały wysokiego stopnia wiedzy fachowej, zręczności i inicjatywy osobistej. To ostatnie stwierdzenie często przewija się w orzeczeniach sądowych, które dotyczyły problematyki współtwórczości. Trudnymi bywały kwestie związane z pracami nadającymi utworom ostateczny kształt, poprzez wprowadzanie poprawek stylistycznych lub korektorskich czy też konsultacjami i prowadzonymi dyskusjami zmierzającymi do ustalenia koncepcji utworu. Osobom zaangażowanym w takim charakterze przy powstawaniu utworu orzecznictwo odmówiło statusu współtwórcy. Każdy jednak ze spornych przypadków powinien być rozpatrywany odrębnie. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na kwestie związane z dostarczaniem materiałów do reportaży, a w szczególności opowiadanie wydarzeń z własnego życia, co ostatnio jest czynione coraz częściej przez osoby gotowe podzielić się nawet najbardziej intymnymi szczegółami. Powstaje pytanie, czy w takim przypadku osoba dzieląca się swoimi przeżyciami staje się współautorem reportażu. Często przecież bywa tak, iż mamy wrażenie, że czytamy monolog danej osoby. Zasadniczo treści zawarte w reportażu pochodzą właśnie od niej i nie sposób nie przypisać tej osobie ich autorstwa. Pomocne w udzieleniu odpowiedzi na zadane pytanie może być jedno z orzeczeń sądowych, w którym stwierdzono, iż z samej istoty utworu literackiego będącego reportażem wynika, że jego twórcą jest ten, kto zebrał i opracował materiał będący przedmiotem reportażu. Zgodnie z przywołanym orzeczeniem nie jest współtwórcą ten, kto dostarczył materiały do takiego utworu. W takim bowiem przypadku osoba ta staje się obiektem reportażu. Rola takiej osoby przy powstawaniu dzieła była jasno określona, a brak porozumienia co do stworzenia wspólnego utworu wykluczy istnienie działa współautorskiego. Nie staniemy się też współautorami „wzbogacając” istniejące, chociażby w postaci nieukończonej, dzieło poprzez dołączenie własnego wkładu, chociażby spełniał on kryteria utworu. Poprzez dorysowanie wąsów Monie Lizie nie staniemy się współautorem tegoż dzieła, odradzam także dorabianie rąk posągowi Wenus z Milo...