Pani kancelaria obchodziła właśnie dwudziestolecie. Jak w ciągu tylu lat zmieniła się praca prawnika?

Gdy zaczynałam, największym problemem był... brak czasu. Zajmowałam się przede wszystkim klientami zagranicznymi, wtedy niewiele osób miało takie kompetencje. Nie było też konieczne specjalistyczne wsparcie, jak marketing czy business development, nie było takiej potrzeby. Pracy na rynku bowiem nie brakowało. Były też oczywiście wysokie stawki i z reguły pracowaliśmy na godziny. Dziś rynek jest nieporównanie trudniejszy i wymaga naprawdę wysokiej profesjonalizacji usług. Dlatego rozpoczynającym drogę zawodową młodym ludziom nie jest łatwo, podobnie jak założyć i utrzymać debiutującą na rynku kancelarię.

Wielu prawników podkreśla, że dziś trzeba znać się nie tylko na prawie, ale i na biznesie, że rośnie rola tzw. umiejętności miękkich.

Zawsze tak było, tyle że teraz więcej prawników to dostrzega. Między klientem a prawnikiem musi być, mówiąc potocznie, chemia, czyli po prostu zrozumienie. Musimy wiedzieć, o co temu naszemu przedsiębiorcy chodzi. Np. w audycie trzeba nie tylko przejrzeć dokumenty, ale też przejść przez fabrykę, obejrzeć proces produkcyjny i zrozumieć, na czym ten biznes polega. Potem dopiero zająć się dokumentami. Bez tego można czasem nie zauważyć, że np. brakuje umowy związanej z jakimś elementem procesu produkcyjnego.

Czy to, że dziś więcej prawników to dostrzega, związane jest z większą konkurencją na rynku? 

Być może klienci nauczyli się precyzować swoje oczekiwania. Niewątpliwie jest to też związane z większą konkurencją, prawników jest na rynku o wiele więcej niż w czasach, kiedy ja zaczynałam. Widać to chociażby po liczbie aplikacji od osób szukających pracy. Nasza kancelaria dostaje takich kilka dziennie. Potrzeba szerokiego widzenia oraz dodatkowych umiejętności prawników wynika chyba też ze zmieniających się warunków na rynku, z faktu, że biznes staje się coraz bardziej złożony i powiązany, wymaga udziału wielu stron i znajomości wielu dziedzin.

Zauważa pani w swojej kancelarii skutki kryzysu gospodarczego? 

Ostatni okres był zadziwiająco dobry. Wydaje mi się, że biznes przyzwyczaił się do stanu permanentnego kryzysu, potrafi nim zarządzać. Pokazuje to także polski PKB. Po prostu chyba wszyscy uznaliśmy, że skoro kryzys trwa właściwie już od 2008 r., to trzeba jakoś w nim żyć. Może jutro przyjdzie huragan, ale dziś musimy pracować, rozwijać się, zostawiając sobie pewne poduszki na ewentualność upadku. Tak też robią prawnicy, dlatego nie ma jakiejś tragicznej sytuacji. A nawet moja kancelaria zwiększyła obroty w 2012 r. o 30%. Wyciągnęliśmy chyba wnioski z lekcji z poprzednich kryzysów, dojrzeliśmy, nauczyliśmy się lepiej zarządzać swoim biznesem.

Jakie to byty lekcje? 

Pierwszy kryzys to było pęknięcie bańki internetowej w 1999 r. Moja kancelaria zajmowała się wówczas właściwie tylko debiutami giełdowymi. Mieliśmy duży udział właśnie w rynku firm internetowych. Były wtedy trzy najważniejsze ośrodki tego biznesu: Warszawa, Gdańsk, Wrocław. Ciągle jeździliśmy między tymi miastami, mieliśmy bardzo dużo pracy, założyliśmy nawet biuro we Wrocławiu. Nagle bańka pękła, wszystko zniknęło. To wtedy zrozumiałam, że musimy mieć szerszą ofertę, bo opieranie się na jednej nodze jest zbyt ryzykowne. W 2008 r. spadła liczba fuzji i przejęć (M&A). Szczęśliwie mieliśmy już wtedy inne specjalizacje, więc nie odczuliśmy tego spadku tak dotkliwie. Dziś mamy bardzo mocną praktykę M&A, ale dbamy o dywersyfikację naszej oferty, tak aby budowało ją kilka mocnych specjalizacji. Śledzimy uważnie rozwój usług prawnych i zmiany w społeczno-gospodarczych trendach, dlatego np. coraz ważniejszy jest dla nas arbitraż.

Nie jest on zbyt popularny. Udaje się oprzeć na nim ważną część funkcjonowania kancelarii? 

My łączymy wiedzę z zakresu arbitrażu i M&A. W tych sprawach właściwie w 90% umów znajdują się klauzule arbitrażowe. Ze względu na duży stopień skomplikowania trudno rozstrzygnąć taką sprawę w sądzie. A w arbitrażu spór może rozsądzić specjalista. Jest wiele takich branż, w których to rozwiązanie okazuje się najlepsze. Trudno bowiem by sędzia był w stanie szybko się zorientować np. w warunkach FIDIC, gdy rozpatruje np. sprawę skomplikowanych inwestycji budowlanych. Tymczasem w arbitrażu można poprosić o rozstrzygnięcie nie tylko prawnika znającego się na tej branży, ale i inżyniera. Poza tym sprawy w naszych sądach są rozpatrywane bardzo długo, co rodzi dla firm poważne ryzyko. I już tylko ten jeden powód powinien wystarczyć, aby arbitraż był rozwijany – i przez prawników, i przez sam biznes.