fbpx

Daniny na rzecz fiskusa są powszechnie odbierane jako uciążliwy przymus i mało osób skłonnych jest wiązać osobiście płacone podatki z ewentualnymi „korzyściami” otrzymywanymi od państwa. Dlatego też zasadą cywilizowanego państwa powinna być jasność i logiczność przepisów podatkowych, co w pewnym sensie łagodziłoby ból podatników w momencie przekazywania świadczenia podatkowego. Wydawałoby się, że to truizm niewymagający dalszych dywagacji. Niestety, muszę skonstatować, że poszczególni podatnicy mogą mieć powody do tego, by odnosić się negatywnie nie tylko do sposobu wykorzystania podatków, ale również do zasad ich poboru, a dokładniej rzecz ujmując, do kreowania przepisowi ich interpretacji w zakresie zobowiązań podatkowych. Szczególnie irytujące są wnioski płynące z analizy niektórych reguł opodatkowania dochodów kapitałowych.

Przypomnę, że zasadą prawa podatkowego jest, że podatnik czerpiący dochody z różnych źródeł przychodów nie może skompensować strat z jednego źródła zyskami z innego. Można dyskutować o celowości tej zasady podatkowej, ale jest ona ugruntowana, a przede wszystkim stosunkowo jasno wyrażona. Jej „filozoficzne” ratio legis znajduje podstawy w rozróżnieniu dochodów czerpanych z pracy, a więc w sposób pierwotny, oraz dochodów czerpanych z majątku (kapitału), a więc w sposób wtórny. Tak sformułowana reguła automatycznie powinna zezwalać na skompensowanie strat zyskami w ramach tożsamego źródła przychodów. Na marginesie tylko należy zaznaczyć, że współczesny ustawodawca zdecydował się znacznie dokładniej usystematyzować źródła podatkowe, np. traktując przychody z pracy odrębnie od przychodów z działalności gospodarczej czy też przychody z najmu inaczej niż przychody z kapitałów pieniężnych. Dlatego też straty z działalności gospodarczej powinniśmy rozliczyć tylko z zyskami z działalności gospodarczej (o ile ktoś prowadzi więcej niż jedną), ale już nie odejmując od zysków z praw autorskich.

Ta filozofia opodatkowania mieści się w pewnych logicznych kanonach. Niestety, ustawodawca, a wraz z nim organy podatkowe, przekonują, że nie wszystkie kategorie źródeł podatkowych winny być kwalifikowane zgodnie z powyższymi, czytelnymi dla podatnika regułami. W szczególności przychody z kapitałów pieniężnych (a może płatnicy je osiągający) nie zasługują najwyraźniej na przejrzyste traktowanie. Przepisy oraz błędnie, w mojej ocenie, stosowana ich interpretacja wskazują, że płacenie podatków od dochodów kapitałowych jest konieczne, ale odliczanie strat osiąganych w ramach przychodów ze źródeł kapitałowych pozostaje niemile widziane. Wychodzi się z założenia, że zmniejszenie majątku w związku z nietrafionymi decyzjami inwestycyjnymi niekoniecznie musi się stać powodem do skompensowania straty. Oczywiście nie ośmielono się zabronić odliczenia strat z inwestycji w akcje od zysków z takowych inwestycji, ale już odliczenie strat z inwestycji w akcje od zysków z inwestycji w fundusze akcji okazuje się niemożliwe. Podobnie jest w przypadku odliczenia strat z obu rodzajów powyższych inwestycji od zysków z odsetek – nieważne, czy z lokat bankowych czy obligacji korporacyjnych. Szczególnie brutalne (przepraszam, ale nazywajmy rzeczy po imieniu) jest forsowanie zasady, że staje się niemożliwe rozliczenie straty z dowolnej inwestycji kapitałowej przez spadkobierców, gdy inwestycja została dokonana przez spadkodawcę. Mało tego, spadkobiercy płacą podatek dochodowy od całego przychodu w związku ze sprzedażą aktywów, tak jakby spadkodawca nie poniósł żadnych kosztów. W praktyce podatek dochodowy staje się podatkiem majątkowym ze stawką 19%.

Innym szczytem, już nawet nie pazerności fiskusa, tylko głupoty, jest forsowanie interpretacji, zgodnie z którą nie można odliczyć od zysków straty związanej z upadłością spółki akcyjnej, której akcje posiadaliśmy, w przypadku gdy akcji tych nigdy nie sprzedaliśmy. Straty takiej nie można odliczyć od innych zysków kapitałowych niż zyski z inwestycji w akcje, co więcej, również od innych zysków osiągniętych ze sprzedaży akcji. Okazuje się bowiem, że organy podatkowe stoją na stanowisku, że odliczenie straty z inwestycji w akcje od zysków z takich inwestycji musi zawsze się wiązać ze sprzedażą akcji. W konsekwencji fakt trzymania akcji bankruta do samego końca oznacza w oczach fiskusa, że wciąż posiadamy określony majątek i nie ponieśliśmy faktycznie żadnej straty. Fiskus zdaje się twierdzić, że akcje te wciąż możemy sprzedać. Szkoda tylko, że nie spostrzega (a może nie rozumie przepisów kodeksu spółek handlowych ), że po wykreśleniu spółki akcyjnej z Krajowego Rejestru Sądowego w związku z jej upadłością akcje takiej spółki już nie istnieją. Jak zatem sprzedać coś, czego nie ma?

Gdybym jednak nie miał racji, to łaskawej uwadze studentów II roku prawa polecam kolejny wyjątek od zasady nemo plus iuris ad alium transferre potest, quam ipse habet (nikt nie może przenieść na drugiego więcej praw, niż sam posiada), a profesorów upraszam o tolerancję wobec egzaminowanych, którzy chcieliby skorzystać z mojej sugestii.