fbpx

Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy walne zgromadzenia spółki publicznej są nam potrzebne. Moje obserwacje pozwalają mi stwierdzić, że w przypadku spółek publicznych walne zgromadzenia są albo swego rodzaju rytuałem, w którym ogół akcjonariuszy nie uczestniczy ze względu na rolę i charakter kluczowych decydentów, albo – zdecydowanie rzadziej – mają one charakter wojny totalnej, w której dwie strony konfliktu uznają, że mają prawo do wszelkich chwytów, często niemających wiele wspólnego z szeroko rozumianymi normami.

W tym pierwszym przypadku walne zgromadzenia odbywają się szybko, a akcjonariusze są zainteresowani wyłącznie analizą treści podjętych uchwał. W drugim przypadku, walne ma coś ze spektaklu, teatru, żeby nie powiedzieć, że czasami burleski. O skutkach takiego walnego w większości przypadków i tak później decyduje sąd. W gruncie rzeczy zatem istotą każdego walnego zgromadzenia są podjęte przez nie uchwały.

Zgadzamy się wszyscy, że o konstytucyjnych kwestiach dla funkcjonowania spółki akcyjnej powinni decydować dawcy kapitału. Oni ryzykują swoimi pieniędzmi i muszą mieć prawo do zajęcia stanowiska w kluczowych zagadnieniach, a także poddania ocenie sądu podjętych decyzji. Uchwały akcjonariuszy są najwyższym prawem w każdej spółce akcyjnej.

Nie każda spółka akcyjna jest taka sama. Osobiście uważam, że powinniśmy zrobić krok naprzód i redefiniować w prawie spółki kapitałowe. W rzeczywistości gospodarczej mamy przecież spółki publiczne i prywatne, a te ostatnie mogą przybrać tylko formę spółek akcyjnych bądź spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. I chociaż to sprawa na inną dyskusję, to temat sposobu podejmowania przez akcjonariuszy decyzji jest ważny tylko w przypadku spółek publicznych. A to dlatego, że ich istotą jest rozproszenie akcjonariatu.

Pełny artykuł dostępny jest w Dzienniku Gazecie Prawnej z dn. 02.01.2019.